Pierwsza Pomoc

Śmierć czeka każdego z nas. Trudno jest ją zaakceptować, trudno jest nam pogodzić się myślą o tym, co nieuchronne. Można jednak odwlec tę chwilę, dbając i nie narażając siebie lub innych. A w razie potrzeby można udzielić pierwszej pomocy. Każdy z nas liczy, że w razie potrzeby ktoś pospieszy nam z pomocą. Zajmie się nami do przejazdu karetki. Musimy sobie zdawać sprawę, że karetka, policja, czy straż pożarna pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś nas powiadomi o wypadku. Na miejscu zdarzenia najpierw znajduje się ten przysłowiowy ,,Kowalski” i to on powinien być pierwszym ogniwem w udzieleniu pierwszej pomocy. A z tą pomocą jest różnie, powiedziałbym słabiutko.

POWIEDZMY SOBIE SZCZERZE: NIE UMIEMY UDZIELAĆ PIERWSZEJ POMOCY!

Kiedy miałem siedem lat i chodziłem do pierwszej klasy, przechodząc przez przejście dla pieszych na ul. Górczewskiej w Warszawie potrącił mnie samochód. Mój anioł stróż nie miał na szczęście tego dnia wolnego i jakimś cudem, bez większych obrażeń,znalazłem się z tornistrem na plecach pod Żukiem. Do dziś pamiętam jego podwozie. Co zrobił kierowca ? Uciekł z miejsca,ale nie to było najciekawsze. Ja, leżałem cały czas na ulicy nawet nie drgnąwszy, patrzyłem na otaczający mnie tłum, który tylko komentował to, co się stało. Nikt, ale to nikt do mnie nie podszedł, nie pomagał, pytano mnie tylko, co i jak bardo mnie boli. A mnie nic nie bolało, chyba ze strachu….Mama do dziś się śmieje, że poszedłem do policji, żeby złapać tego drania.Niestety, dziś jest nie inaczej. Kiedy przyjeżdżam na miejsce wypadku i dowiaduje się, że nikt nic nie zrobił, to wszyscy się obrażają. Jak policjant może zadawać takie pytania? Jeżeli już uzyskam odpowiedź, słyszę: nie umiem, nie potrafię, dlaczego ja,przecież tu było tyle innych osób, zrobię coś źle i jeszcze zaszkodzę zamiast pomóc. I najlepsza odpowiedź: nie ja od tego jestem, ja płacę podatki. Co ma piernik do wiatraka? Jak byłbym pierwszy na miejscu, to bym pomagał, a jak to on będzie tak kiedyś leżał na jezdni i ktoś mu powie o podatkach… I że nie jest od tego. Ale się wtedy zdziwi. Pytam się więc, gdzie nauka pierwszej pomocy? W szkole traktuje się ją po macoszemu, a uczniowie jak wygłupy. Kto ma ich uświadomić? Nauczyciele sami mało co wiedzą.To trochę tak, jak z wychowaniem seksualnym, na zasadzie „jakoś to będzie”. To może na nauce jazdy? Też nie. Instruktorzy muszą to odfajkować a kursanci wysłuchać.

Nie twierdzę, że byłem inny. Do czasu, gdy naprawdę czegoś mnie nauczono, nie odbiegałem od średniej statystycznej. Gdy wstąpiłem do policji, a były to czasy tak zwanej transformacji ustrojowej,młody funkcjonariusz nie mógł zbyt szybko liczyć na tak zwaną. ,,Akademie Policyjną”. Filmów się człowiek naoglądał, jednak nijak się to miało do polskiej rzeczywistości, tym bardziej w tamtych czasach. Pracowałem więc ze starszymi policjantami, bez broni czy mandatów, przez prawie dwa lata. Ale zaraz na jednym z pierwszych patroli zetknąłem się ze śmiercią. Pomiędzy Ożarowem a Błoniem na trasie Poznańskiej. Przyjechaliśmy do wypadku, który dopiero co zaistniał. Można powiedzieć, że jeszcze wszystko dymiło. Sytuacja wyglądała bardzo prosto. W Nysie lub Żuku, teraz już nie pamiętam, rozłączył się układ kierowniczy. Samochód zjechał do lewej krawędzi jezdni i potrącił pieszego stojącego grzecznie przy bramie posesji. Przemieszczając się dalej wpadł do rowu. Pobiegłem do pieszego, który po uderzeniu przeleciał w powietrzu kilkanaście metrów i spadł plecami na wysoki murek. Mężczyzna zmarł na miejscu. Próbowałem coś zrobić. Na koniec trzymałem go za rękę i pod głową, mając nadzieję, że coś to pomoże. Mówiłem do niego i obiecywałem nie zostawiać go w potrzebie. Długo do niego mówiłem i nigdy nie zapomnę tego dnia i tych słów.

Czy tylko pierwszą pomoc powinniśmy opanować? Nie, nie i jeszcze raz nie, bo nikt nie zna dnia i godziny, kiedy znajdziemy się w sytuacji nadzwyczajnej. W samochodzie np. mamy coś takiego jak gaśnica.Założę się że 99 % kierowców, co tam kierowców społeczeństwa,nie miało gaśnicy w ręku. Mniej więcej dziesięć lat temu, na trasie Toruńskiej, na wysokości Reala, pewien młodzieniec jadąc Matizem uważał się za mistrza kierownicy. Do czasu, gdy stracił panowanie nad pojazdem i przejechał przez pas rozdzielający.Zderzył się czołowo prawdopodobnie z Hondą . Młoda kobieta miała zakleszczone nogi, wisząc do połowy przez przednią szybę błagała o pomoc. Widziała płomienie, które powoli obejmują cały jej samochód. Nie chcę myśleć, co w tedy przeżywała, sam kiedyś się cały paliłem. Boże, coś strasznego. Na miejscu zdarzenia, podczas oględzin, znaleziono ok. 50 pustych gaśnic. Niestety, kobieta spłonęła żywcem. Co się stało ? Jak to możliwe, pomimo użytych tylu gaśnic ? To bardzo proste. W samochodzie mamy niewielką gaśnicę. Kierowcy próbując jej użyć, uczyli się jej działania z dala od płonącego samochodu. Kiedy ją włączyli zaskoczeni swym powodzeniem, ciśnienie opróżniało zawartość zanim podbiegli do płonącego samochodu. Przy samochodzie była już pusta. W eksperymencie przeprowadzonym później przez straż pożarną, taki samochód ugaszono trzema gaśnicami. Gdyby uczono nas za młodu więcej potrzebnych rzeczy, to na pewno żyłoby dziś wielu uczestników wypadków, nie tylko drogowych. Pomyślmy już dziś o edukacji naszego młodszego pokolenia, bo to oni mogą kiedyś uratować nasze życie.

Piotr Szymański