Po wypadku

wypadek

 

Znalezienie bohaterów do reportażu nie jest łatwe. Nikt nie chce mówić o przeszłości. Wszyscy chcą zostawić ją za sobą, zapomnieć o tragedii. Wypadek zmienił ich życie, nie pozwala normalnie funkcjonować. Ofiary wypadków drogowych i ich bliscy chcą jedynie zapomnieć.

Skutki wypadków to nie uszkodzony samochód czy zbite lusterko. To śmierć bliskich, rozbite rodziny, fizyczne i psychiczne okaleczenie na całe życie. Moim pierwszym rozmówcą jest Karolina, studentka Uniwersytetu Warszawskiego. Chociaż od wypadku minęły już 4 lata, do dzisiaj boi się jeździć samochodem.

„Nawet nie wyobrażasz sobie jak to jest przeżyć wypadek samochodowy. Miałam 18 lat, wracałyśmy z mamą od babci ze wschodniej Polski. Pogoda nie była najlepsza, trochę padało. Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. To moje ostatnie wspomnienie z tego dnia. Nie pamiętam wypadku. Kilka dni później obudziłam się w szpitalu. Miałam złamane obie nogi, rękę i biodro. Całe ciało w siniakach. Nie wiedziałam co się dzieje, traciłam przytomność. Potem dowiedziałam się, że ktoś czołowo uderzył w nasz samochód. Uciekł. Moja mama miała złamany kręgosłup, lekarze powiedzieli, że nie będzie mogła chodzić. Na szczęście tak się nie stało”

Często to dopiero początek tragedii. Ofiary wypadów drogowych potrzebują wielomiesięcznej, często nawet wieloletniej rehabilitacji i pomocy psychologa.

„To był koszmar. Czułam się tak, jakbym uczyła się od nowa chodzić. Codzienna kilkugodzinna rehabilitacja – często płakałam z bólu, nie byłam w stanie się powstrzymać. Byłam w drugiej klasie liceum, straciłam rok. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego akurat nas to musiało spotkać? Byłam zła na świat, na wszystko. Z pogodnej dziewczyny stałam się zgorzkniałą, użalającą się nad sobą ofiarą. Nie lubiłam nowej siebie.”

„Uczestnictwo w wypadku lub bycie jego świadkiem jest bardzo silnym traumatycznym przeżyciem, które w konsekwencji może nieść dużo negatywnych następstw. Takie osoby wybierają cierpienie w samotności, nierzadko cierpienie przy alkoholu, ponieważ nie mają świadomości, że są wyspecjalizowani terapeuci, którzy potrafią pomóc po takich zdarzeniach i powrócić do życiowej równowagi. Na szczęście coraz więcej mówi się o potrzebie pomocy” – mówi psychotraumatolog Małgorzata Bajko z Centrum Wsparcia Psychologicznego INEO w rozmowie z portalem biala24.pl

Z pomocą psychologa Karolinie udało się powoli dojść do siebie. Zdała maturę, studiuje. Ciągle ma stany lękowe, w samochodzie dostaje czasem ataków paniki. Jednak jak mówi, dobry psycholog to klucz do poradzenia sobie z tragiczną sytuacją. Nie wszyscy jednak mają tyle szczęścia.

„To był najgorszy dzień w moim życiu. Nienawidzę siebie za to, że nic nie zrobiłam. Na pewno mogłam jakoś temu zapobiec” – mówi Ania, która w wypadku straciła narzeczonego. To dość świeża sprawa, nie minął jeszcze nawet rok. Tomek, chłopak Ani, tego dnia wracał później z pracy. Napisał smsa, że się spóźni. Już nigdy nie wrócił do domu. Został zabity przez pijanego kierowcę.

„Kiedy zadzwoniła do mnie policja, nogi się pode mną ugięły, przestałam cokolwiek czuć, słyszeć, widzieć. Znalazłam się w jakimś innym świecie. Nie docierało to do mnie. Wpadłam w depresję, całe dnie leżałam na kanapie i patrzyłam się tępo w ścianę. Nie jadłam nic przez kilka dni. W pracy dostałam zwolnienie, więc mogłam siedzieć w domu tak długo, aż wydobrzeję”.

Ania mogła liczyć na pomoc najbliższych, którzy opiekowali się nią po tragedii. Jednak nie byli w stanie zrozumieć, doświadczyć tego przez co przechodzi.

„Nie rozumieli. Pocieszali, płakali. Ale nie wiedzieli jak do mnie dotrzeć. Czego potrzebuję. W końcu zapisali mnie do psychologa. Siłą, wcale nie chciałam iść.”

– Pomógł?

– Chyba jeszcze za wcześnie na mówienie o tym. Jest lepiej – z kanapy już schodzę. Ale moje poczucie winy się nie zmniejsza. Czuję, że to ja jestem odpowiedzialna, że to ja coś mogłam zrobić.

Nie mogła. W Polsce wypadki spowodowane przez pijanych kierowców to wciąż duży problem. Tylko w 2014 roku nietrzeźwi spowodowali 2 579 wypadków, w ich wyniku zginęły 363 osoby, a rannych zostało 2 971.

Historia Krzysztofa różni się od pozostałych. W wypadku drogowym stracił syna. Tym razem nikt nie był pijany. Zabójcza okazała się nadmierna prędkość.

„W tym roku mija 10 lat. Już 10 lat go z nami nie ma…” – w oczach mężczyzny pojawiają się łzy.

„Tomek uwielbiał motocykle. Pierwszy kupił sobie na 18 urodziny. Do dzisiaj stoi u nas w garażu. Od razu po wypadku chciałem go wyrzucić, ale nie mogłem. Nie wiem dlaczego. Pocieszam się tylko tym, że nikt inny nie ucierpiał. W sensie fizycznym. Jak mógłbym żyć z myślą, że mój syn oprócz siebie zabił jeszcze kogoś?”

Pomoc psychologa okazała się niezbędna. Ale rodzice Tomka nawet po upływie dekady nie są w stanie poradzić sobie ze śmiercią chłopaka.

„Po 3 latach od wypadku rozstaliśmy się z żoną. Nie mogliśmy dłużej być razem. To był koszmar. Każdego dnia myśleliśmy tylko o jednym. Żona chyba zniosła to lepiej, szybko wróciła do pracy, starała się zapomnieć. Ja nie mogłem. Do dzisiaj ciężko jest mi się pozbierać” – mówi Krzysztof.

Tylko w zeszłym tygodniu, od 25 do 29 maja zatrzymano za jazdę pod wpływem alkoholu prawie 1300 kierowców. Doszło do 526 wypadków, w których życie straciło 47 osób, a 624 zostały ranne. Świat części z nich się zawalił. To co jeszcze kilka chwil przed wypadkiem było dla nich ważne stało się nieistotne.

Bartosz Lachowicz